O braciach Kliczko, od połowy lat ’90 jest nieustannie głośno. Ich nazwisko wymienia się ostatnio jednak nad wyraz często. Nie tylko z uwagi na zakończoną walkę między Witalijem i Adamkiem, czy też zbliżający się pojedynek między Wladimirem i Mormeckiem, ale również ze względu na niedawna premierę filmu biograficznego poświęconego obu braciom. Film zatytułowany „Klitschko”, niecałe pół roku temu zadebiutował w amerykańskich i niemieckich kinach. Na polskie ekrany zawitał dopiero w zeszłym miesiącu, jednak warto było czekać.
Film koncentruje się nie tylko na karierze braci i ich dominacji w bokserskim świecie, ale również pokazuje ich od nieznanej dotąd – ludzkiej – strony. Całość jest doskonale wyważona – mamy więc i efektowne walki i codzienną rutynę. Pierwsze ujęcia przenoszą nas od razu na ring – przeplatające się fragmenty walk obu braci oraz słynne „let’s get ready to rumble” dobrze nastrajają przed resztą seansu. Już kilkanaście minut później udamy się z Wladimirem w podróż do ich rodzinnego domu na Ukrainie, z którego niewiele już zostało. Braci opowiadają dokładnie o swoim dzieciństwie, mieszkaniu w pobliżu Czernobyla i tym, jak zainteresowali się sportami walki. Widz towarzyszy nawet Witalijowi w jego pierwszej podróży do USA na zawody w kickboxingu. Podobnych archiwalnych nagrań jest w filmie mnóstwo.
Reżyserujący film Sebastian Dehnhardt, zdecydował się pokazać drogę ku chwale obu braci w jej pełnym wymiarze – mamy więc i nawiązania do dramatów przez jakie obaj przechodzili, wspomnienia kłótni oraz chwil, w których jeden bądź drugi zastanawiał się nad zakończeniem kariery. Choć Witalij i Wladimir w profesjonalnej karierze przegrywali nad wyraz rzadko, każda z tych porażek diametralnie wpływała na ich życie – film pokazuje to wręcz doskonale. Dla ciekawych szczegółów z życia Kliczków jest to pozycja absolutnie obowiązkowa. Również ci, którzy mają po prostu ochotę na ciekawe i dobre kino powinni być w pełni usatysfakcjonowani. Film trudno zobaczyć jeszcze w jakimkolwiek kinie, szczęśliwie dostępny jest w wersji DVD w bardzo przystępnej cenie.
Niska pozycja kobiet w japońskim społeczeństwie nie jest żadną tajemnicą. Amerykanizacja, choć rozlała się również i po kontynencie azjatyckim, nie wpłynęła w najmniejszym stopniu na japońską kulturę i tradycyjną hierarchię społeczną. Jednak pomimo tego, że od zawsze płeć piękna była w tamtych rejonach „niżej”, nigdy nie pozostawała całkowicie bezbronna. W kraju, w którym zamiłowanie do sztuk walki trwa nieustannie od wielu wieków, nie powinno to w najmniejszym stopniu dziwić. Umiłowaną przez tamtejsze kobiety sztuką, zostało naginata-do. Broń przypominająca konstrukcją hybrydę włóczni, miecza oraz halabardy miała swoje początki już w pierwszych wiekach średniowiecza. Ostrze osadzone na ponad dwumetrowym drzewcu, najszersze zastosowanie znalazło w walce z konnicą. Wraz z upływem czasu, stawała się coraz popularniejsza również pośród strażników miejskich. Upowszechnienie się broni palnej, zniwelowało jednak całkowicie przewagę jaką dawała glewia. Na szczęście dyscyplina nie zamarła – zmienił się jedynie charakter jej stosowania. Na przełomie XIII i XIV wieku (wówczas właśnie broń palna zaczyna być w Azji stosowana), naginata-do staje się formą samoobrony. Jako dość zręczna i niewymagająca używania znacznej siły, szybko stała się obiektem zainteresowania kobiet, głównie tych pochodzących z samurajskich rodzin. Zmuszone niekiedy do obrony własnych domów, podczas nieobecności mężów, jedynie nieliczne były w stanie walczyć kataną bądź wakizashi. Naginata w takich okolicznościach okazała się orężem idealnym. Rosnąca przez wieki popularność, sprawiła że po reformach Meji naukę naginata-do wprowadzono jako obowiązkową część edukacji fizycznej dla kobiet. Po II wojnie światowej, zawiązano Wszechjapońską Federację, która zajęła się ujednoliceniem obowiązujących zasad, co pozwoliło w krótkim czasie na organizację pierwszych, oficjalnych zawodów. Kilkadziesiąt lat później, sztuka ta, przedostała się również na Zachód, co zaowocowało powstaniem Międzynarodowej Federacji Naginata i początkiem tradycji organizowania mistrzostw świata w tej dyscyplinie.
Rzuty z kilkunastu metrów, efektowne przerzuty, ciosy żywcem wyjęte z gier komputerowych i niespodziewane zwroty akcji – najczęściej z tym właśnie kojarzy nam się amerykański wrestling. Choć wydawać może się to odrobinę surrealistyczne, pomimo całej teatralności i precyzyjnej rozpiski, na koniec sezonu wybiera się mistrza WWE. Noszących złoty pas, w historii organizacji było naprawdę wielu, kto jednak uznawany jest za tego „najlepszego z najlepszych”?
Dominującego przez lata zapaśnika – z oczywistych powodów – nigdy nie było. Pytając największych fanów wrestlingu o to, kto był najbliżej hegemonii zazwyczaj wskażą oni na The Undertakera, Tripple H ewentualnie Hulka Hogana. Innego zdania jest jednak sama organizacja WWE. W 2010 roku, opublikowali ranking 50 najlepszych wrestlerów w historii. Na czele tej listy znalazł się niejaki Shawn Michaels. Nazwisko znane dość dobrze, również i w szerszych kręgach, rzadko jednak wymieniane w czołówce. Niesłusznie. Shawn to w końcu 3 krotny zdobywca indywidualnego tytułu mistrzowskiego, pięciokrotnie wygrywał złoto ze swoim partnerem (wspomnianym Tripple H), sięgał po pas również w mistrzostwach interkontynentalnych oraz wadze superciężkiej. Jeszcze jako niespełna 20-letni chłopak, zaczął występować dla pomniejszych organizacji wrestlingowych. Początkowo koncentrował się jedynie na walkach tag teamów (czyli w duecie z innym zapaśnikiem) i z racji tego, że odnosił na tej płaszczyźnie spore sukcesy, przez wiele lat nic w tej kwestii się nie zmieniło. Szybko rosnąca popularność sprawiła, że zespołem Michaelsa zainteresowała się organizacja WWF (późniejsza WWE), kontrakt jednak zerwano już parę dni po podpisaniu ze względu na barowe awantury członków tag teamu. Szczęśliwie dla Shawna, odnowiono go rok później. Rozpoczętego wówczas marszu ku mistrzowskim tytułom, wielkiej sławie i jeszcze większym pieniądzom, nie przerwał aż do 2010 roku, kiedy to oficjalnie zakończył karierę. Zaledwie rok później wprowadzono go do galerii sław.
Stając z kimkolwiek do poważnej walki, mamy tylko jeden cel – wygrać. To, w jaki sposób tego dokonamy, schodzi na dalszy plan, byleby całość mieściła się w obowiązujących regułach (o ile takowe istnieją). Choć w praktycznie każdym stylu, liczy się przede wszystkim skuteczność, ogromną popularność zyskała także sztuka nazywana capoeirą, która stawia na całkowicie odmienny atrybut. Od momentu, kiedy dotarła do szerszych mas, pomiędzy znawcami oraz praktykami różnych sztuk walki, trwa zażarta dyskusja na temat tego, jak klasyfikować capoeirę i czy w ogóle do czegokolwiek się przydaje. Choć bez wątpienia, wykonywane tam ciosy oraz sekwencje należą do najbardziej imponujących i zapierających dech w piersiach, to jej skuteczność w obliczu realnego zagrożenia, wydaje się być znikoma. Powietrzne ewolucje faktycznie mogą odstraszać podpitych panów z bramy, którzy zaczepią nas w nocy, jednak stając naprzeciwko doświadczonego w walce przeciwnika, na niewiele zdadzą nam się salta. Co prawda, najpopularniejsza dziś odmiana capoeiry zawiera jak najbardziej prawdziwe ciosy, to wszechobecne elementy tańca, obniżają zdecydowanie ich prędkość i szanse powodzenia. W walkach pokazowych i specjalnych turniejach, wszystko wygląda nad wyraz pięknie, jednak w jakimkolwiek pełnokontaktowym starciu, jedynie promil stosowanych ruchów znajdzie zastosowanie. Niegdyś funkcjonował styl capoeiry, który stawiał na skuteczność oraz brutalność (Carioca), jednak po śmierci ostatniego mistrza tego stylu, zaprzestano jego praktykowania. Aby wykorzystanie „zwykłej” capoeiry przynosiło realne rezultaty podczas niepokazowego starcia, większość znawców tematyki zaleca połączenie jej ze stylami takimi jak boks. Pozwala to radzić sobie zarówno w bezpośrednim zwarciu jak i na odległość, dodatkowo zyskujemy pewien element zaskoczenia, nie do końca bowiem wiadomo, w jaki sposób zakończy się nasza ewolucja.
Pomimo tego, że ta jakże pamiętna walka sprzed 14 lat, do historii przeszła jako „The Bite Fight”, oryginalnie promowano ją pod nazwą „Holyfield-Tyson II : The Sound and the Fury”. Miał to być rewanż Tysona, za przegrane kilka miesięcy wcześniej, pierwsze starcie. Utracony pas organizacji WBA miał być dodatkową motywacją dla Bestii. Jednak wraz z pierwszym gongiem, Mike został momentalnie zepchnięty do defensywy. Obijany raz po raz przez Evandera, nie potrafił znaleźć żadnego sposobu na rywala, przegrywając w ten sposób dwie pierwsze rundy. Trzecia odsłona rozpoczęła się małym przedsmakiem tego, co za parędziesiąt sekund mieli ujrzeć zgromadzeni w Las Vegas widzowie. Sędzia cofnął Tysona do narożnika, ten bowiem wyszedł do walki bez ochraniacza na zęby. Kiedy walkę wznowiono, rzucił się na przeciwnika z niespotykaną agresją. Pomimo zdecydowanego prowadzenia w tej rundzie, podczas klinczu na około 40 sekund przed gongiem, podniósł głowę i zbliżył się do prawego ucha Holyfielda. Początkowo wyglądało to na zwykłe szeptanie, po chwili jednak Evander odskoczył i zaczął ekspresyjnie machać rękami. Sędzia natychmiastowo zarządził przerwę, aby wyjaśnić sytuację. W tym samym momencie Tyson wypluł kawałek małżowiny na matę i popchnął na liny odwróconego tyłem rywala. Nad powstałym zamieszaniem udało się zapanować dopiero po kilku minutach – po konsultacjach z lekarzem, sędzia zezwolił na kontynuację walki, odjął jednak Żelaznemu Mike’owi dwa punkty. Nie zrobiło to na nim większego wrażenia – już kilka sekund później, przy ponownym klinczu ugryzł Holyfielda w drugie ucho. Po gongu kończącym rundę, walkę przerwano. Tyson został zdyskwalifikowany, a kilka dni później odebrano mu także licencję (rok później cofnięto zakaz) i nałożono grzywnę w wysokości 3 milionów dolarów. Tłumacząc się wiele lat później z całego incydentu, Mike przyznał, że podczas walki był pod wpływem narkotyków. To m.in. właśnie z ich powodu ostatecznie jego kariera bokserska upadła, a on sam trafił za kratki.
Film „Rocky” od momentu swojego wejścia na ekrany inspiruje tysiące ludzi. Po obejrzeniu fikcyjnych losów Balboa’y, wielu postanawiało „wziąć się za siebie”, zacząć regularne treningi jakiejkolwiek dyscypliny czy choćby po prostu co kilka dni biegać. Tym, którzy pobudzoną filmem motywację zdołali przekuć na realny sukces, było jednak niewielu. Jednym z nielicznych okazał się Andy Hug – Szwajcar, który do perfekcji opanował styl karate kyokushin, seido-kaikan i kickboxing. Choć sztuki walki rozpoczął trenować już w wieku 10 lat (aby móc odegrać się na kolegach, szydzących z jego biednej i niepełnej rodziny), to właśnie po obejrzeniu filmu z Sylvestrem Stallone, postanowił, że chce zostać mistrzem świata. I dopiął swojego celu kilkukrotnie. Jako nastolatek wygrywał liczne turnieje w rodzimej Szwajcarii, a także na matach międzynarodowych. Mistrzostwo Europy zdobył mając zaledwie 21 lat. W późniejszych latach ze zmiennym szczęściem o ten sam tytuł aż trzykrotnie walczył z Michaelem Thompsonem. W najważniejszych zawodach kyokushin, czyli mistrzostwach świata, wprawdzie dotarł do finału, tam jednak, werdyktem sędziów, przegrał z Shokei Matsui. Walka przeszła do historii, nie tylko dlatego, że Shokei został najmłodszym mistrzem świata, ale także na to, że po raz pierwszy w finale wystąpił ktoś spoza Japonii. Swojego Hug dopiął jednak, przechodząc do pełnokontaktowej odmiany karate, czyli seido-kaikan. Już w debiutanckim roku zdobył złoto, które jednak rok później stracił w finale na rzecz Masaaki Satake. Wraz z tą porażką, postanowił po raz kolejny zmienić styl – tym razem zdecydował się na przejście na kickboxing, gdzie przez 3 lata zdążył zdobyć 3 pasy mistrzowskie różnych federacji w wadze superciężkiej. Kolejnym krokiem był pasy mistrzowski organizacji K-1. W dwóch kolejnych latach docierał do finału, jednak tego sukcesu nie udało mu się już powtórzyć. Zmarł niedługo później na białaczkę.
Kultura azjatycka od zawsze charakteryzowała się wielkim poszanowaniem tradycji oraz własnej historii. Choć bezwzględność i zimna kalkulacja są obecne w życiu każdego Azjaty, to nie da się im odmówić także i honorowości. W czasach kiedy świat Zachodni co raz bardziej pogrąża się w zepsuciu, a kolejne autorytety padają pod naporem wszechogarniającej pogardy, skośnooka część populacji od lat hołduje tym samym zasadom. Widać to najlepiej na przykładzie wszelkiej maści sportowców, zwłaszcza tych, którzy postanowili swoje życie poświęcić sztukom walki. Żaden pojedynek sumo, kenjutso czy karate nie odbędzie bez, niekiedy wielominutowych, starożytnych rytuałów, oddających hołd oraz szacunek przeciwnikowi, mentorowi oraz publiczności. Nie inaczej jest w przypadku muay thai, czyli boksu tajskiego. Tradycja zakorzeniona w tymże stylu walki, wymaga od każdego zawodnika przestrzegania rygorystycznych zasad – noszenia przed walką specjalnych amuletów, a także odbycia rytualnego tańca na ringu. Opaski – zwane monkgon (noszona na głowie) oraz prajiat (noszona na bicepsach) – determinują sposób w jaki zawodnik może wejść na rynek. Mając je na sobie, nie wolno na przykład wejść pomiędzy najniższymi linami, gdyż święte symbole znalazły by się wówczas zbyt blisko ziemi. Kiedy zawodnik pojawia się już na ringu, na sali rozbrzmiewa tradycyjna tajska muzyka, w rytm której wojownik wykonuje określony ruchy. Gesty wykonywane całym ciałem powtarza się czterokrotnie – każdy w innym kierunku świata. Następnie zmawia na klęczkach modlitwę i dopiero wtedy ściągane są z niego wszystkie opaski. Cały rytuał ma być nie tylko hołdem złożonym rywalowi, ale przygotowuje ciało oraz umysł wojownika do czekającej go walki. Mimo tego, że muay thai nie jest już dyscypliną stricte azjatycką, poszanowanie dla tradycji od lat pozostaje niezachwiane. Zawodnicy Europejscy oraz Amerykańscy, nawet jeżeli nie przemawia do nich duch historii, pokornie przejęli obowiązujące rytuały, znajdując w nich doskonały sposób na uzyskanie pełnej koncentracji.
Choć kasta japońskich wojowników, którzy ponad wszystko gardzili śmiercią, już dawno nie istnieje (zlikwidowały ją reformy cesarza Mutsuhito pod koniec XIX wieku), legendy o ich męstwie wzbudzają zachwyt aż po dziś dzień. Bycie samurajem nie polegało jedynie na umiejętności przecinania ludzi na pół jednym ciosem katany, ale także na podążaniu ścieżką zwaną bushido. Jego głównymi zasadami była prawość, odwaga, dobroć, honor, samokontrola oraz uczciwość. Ci, którzy zechcą podążyć śladem mitycznych wojowników, zadania łatwego z pewnością nie będą mieli. Znajdują się jednak śmiałkowie, którzy starają się przynajmniej zbliżyć do ideału. Choć kodeks moralny nie ma już takiego znaczenia jak kiedyś, ich umiejętności walki są nad wyraz imponujące. Tym, który sztukę władani mieczem samurajskim opanował do perfekcji, zyskując tym samym światową sławę jest niejaki Isao Machii. Jego pokazy wzbudzają zachwyt nie tylko w miłującej swoją tradycję Japonii, ale także w Europie oraz Stanach Zjednoczonych. Pracujący nad swoimi umiejętnościami od małego, dziś jest w stanie przecinać na części wolno stojące pale, bez pojedynczego drgnięcia drewna, przepoławiać pędzące w jego stronę piłki golfowe… a nawet wystrzeliwane pociski! Zazwyczaj jego dokonania oglądane muszą być w kilkukrotnie zwolnionym tempie, ludzkie oko nie jest bowiem w stanie, w sposób naturalny, wychwycić tak błyskawicznego momentu cięcia. Wielu zarzuca mu, że „sprzedaje się” komercyjnie, on sam jednak nie widzi w tym nic złego, podkreślając jednocześnie, że nigdy nie uzurpował sobie prawa do tytułu „samuraj”, który samoistnie do niego przylgnął, kiedy świat usłyszał o jego ponadludzkich umiejętnościach.
5. Ali vs George Foreman z ’74
Don King musiał dołożyć wielu starań aby wszystko doszło do skutku. Udało się. Rumble in the Jungle przeszło do historii jako jedna z najbardziej spektakularnych walk. Ali mając nieco gorsze warunki fizyczne od rywala, postanowił od początku zejść do defensywy. Przez 8 rund dawał się obijać przeciwnikowi, aby w pewnym momencie wyprowadzić jeden, zaskakujący cios, który powalił Foremana na deski.
4. Ali vs Fraizer z ’71
Naprzeciwko siebie stanęło dwóch zawodników, którzy nigdy wcześniej nie przegrali. Nazwana Walką Stulecia, faktycznie zasługiwała na ten tytuł. Pojedynek trwał 15 rund i dopiero w ostatniej Fraizer posłał Aliego na deski. Ten wprawdzie się podniósł, pozostałego czasu było jednak zbyt mało na odrobienie strat i przegrał ostatecznie na punkty.
3. Schmeling vs Louis z ’36
Louis – przez wielu uważany za najwybitniejszego pięściarza jaki kiedykolwiek stawał w ringu – miał błyskawicznie roznieść rywala. Okazał się jednak, że Niemiec nie miał zamiaru być workiem treningowym i przez pełne 12 rund stawiał mistrzowi zacięty opór, samemu w końcu przechodząc do ofensywy. Tak zakończyła się ostatecznie ciężkim nokautem Louisa.
2. Ali vs Liston z ’65
O wyniku tej walki zadecydował „cios widmo”, który dosięgnął Listona już w pierwszej rundzie. Muhammad Ali, świeżo po przejściu na islam, jeszcze szybszy niż zwykle tańczył wokół rywala, unikając po prostu ciosów. Nagle podczas jednego ze swoich ataków, Liston padł na deski i nie był w stanie się podnieść. Jak pokazały powtórki, Ali zadał mu wówczas jeden szybki cios w szczękę.
1. Ali vs Fraizer z ’75
Thrilla in Manila. Kolejny majstersztyk Dona Kinga. Trzeci pojedynek tych dwóch pięściarzy. Równie ekscytujący co poprzednie. Trwał 14 rund. Zanim doszło do ostatniej, opiekunowie Fraizera poddali walkę. Ali nie miał jednak nawet siły świętować zwycięstwa. Obydwaj zaraz po walce trafili do szpitala – pierwszy z powodu odniesionych obrażeń, drugi będąc skrajnie wyczerpany.
Każdy kto rozpoczyna swoją przygodę z oglądaniem wrestlingu zadaje sobie pytanie : czy to może być prawda? Wszystko wygląda nad wyraz realistycznie, skoki z kilku metrów nie mogą być przecież udawane … Prawda jest jednak taka, że nic co dzieje się na ringu czy w klatce, nie odbywa się bez wcześniejszych treningów i przygotowań. Każdy pojedynczy cios jest zaplanowany a cały przebieg walki dzieje się według określonego z góry scenariusza. Co więcej – cały przebieg sezonu musi zostać zatwierdzony przez organizację w ramach, której odbywają się walki. WWE zna scenariusz każdego pojedynku na kilka miesięcy przed jej rozpoczęciem. Wielkiego mistrza wskazuje się głównie na podstawie jego popularności. Ludzie chcą oglądać jak ich idol wygrywa i organizatorzy walk im to po prostu dają. Warto jednak nadmienić, że nie zawsze wszystko idzie zgodnie ze scenariuszem – tyczy się to głównie pojedynczych walk, w których pomimo częstych treningów, jeden z zawodników autentycznie rani drugiego. Upadki z wysokości często powodują faktyczne złamania, urazy głowy, a każdy milimetr cieknącej krwi jest w 100% prawdziwy. Urazy, których nabawiają się zawodnicy w najskrajniejszych przypadkach mogą także doprowadzić do ich śmierci. Najsłynniejszym przypadkiem była śmierć Owena Harta, który spadł z wysokości 22 metrów i uderzył głową o narożnik. Całkowity paraliż bądź konieczność spędzenia reszty życia na wózku inwalidzkim także się zdarzają. Najczęstszymi przyczynami zgonów są jednak zawały serca – zarówno w ringu jak i poza nim – spowodowane przedawkowaniem sterydów.