siłownia, ubiór, wygoda, funkcjonalnoścĆwiczenie na siłowni staje się coraz bardziej popularne. Na wizyty w tym miejscu decydują się nie tylko wysportowani kulturyści, ale także kobiety chcące poprawić sylwetkę i młodzież pragnąca aktywnie spędzić czas. Dbamy o odpowiedni dobór gimnastyki, która ma korzystnie ukształtować naszą sylwetkę, poprawić kondycję fizyczną i zarazem samopoczucie. Warto jednak pamiętać, że równie istotny jest wybór i zakup odpowiedniego stroju sportowego. Sprawi on, że wykonywanie ćwiczeń stanie się nie tylko bardziej efektywne, ale zwyczajnie o wiele wygodniejsze i przyjemniejsze.

Kluczowym elementem sportowego wyposażenia osoby ćwiczącej na siłowni są buty. Powinny być dobrze dopasowane do nóg, przewiewne i funkcjonalne. Szczególnie dobrze sprawdza się bawełna – gruba i przewiewna. Dodatkowo łatwo można ją prać w pralce.

Ubrania na siłownię powinny być wykonane z oddychających, termoaktywnych i syntetycznych tkanin. Nie powinny krępować ruchów i powodować przegrzewania się osoby ćwiczącej. Ważne jest dopasowanie ich do sylwetki oraz rodzaju wykonywanych ćwiczeń. Strój sportowy nie powinien posiadać dodatkowych elementów – zamków, guzików i pasków, które mogą utrudniać wykonywanie ćwiczeń lub powodować dyskomfort.

Istotny element sportowego ubioru to również bielizna, która nie może krępować ruchów. Powinna łatwo przepuszczać powietrze i zapobiegać nadmiernemu poceniu się. Sprawdzają się tu biustonosze sportowe i termoaktywne bokserki.

Równie duże znaczenie ma pozostała odzież. Dla mężczyzn wygodne są koszulki z krótkim rękawkiem i bezrękawniki, a dla kobiet koszulki z odkrytymi ramionami zapobiegające przegrzaniu. Dopełnieniem stroju są sportowe spodenki.

obuwie, sport, wygoda, funkcjonalność, wybórObuwie sportowe to jeden z ważniejszych elementów ubioru każdego sportowca – obojętnie, czy jest on zawodowcem, amatorem czy ćwiczy tylko dla rekreacji lub rozrywki. Dlatego też ich wybór i zakup musi być dokładnie przemyślany.

Kluczową sprawą jest przymierzenie buta w sklepie sportowym. Musi on pasować do stopy, mieć odpowiedni rozmiar i być wygodny. Źle dobrane obuwie sportowe może być powodem dyskomfortu i innych problemów, a nawet powstawania kontuzji. Buty muszą być także dobrane do rodzaju uprawianej dyscypliny sportowej. Przykładowo buty dla piłkarzy są specjalnie przygotowane do biegania po płycie boiska, pomagają w strzelaniu do bramki i mają dobrą przyczepność. Dopasowanie obuwia do podłoża jest szczególnie ważne. Nie tylko pomaga w poruszaniu się, ale także skutecznie zapobiega urazom i kontuzjom podczas uprawiania sportów – udziału w treningach i zawodach.

Ważne są także odpowiednie materiały, z których zrobione są buty sportowe. Powinny one mieć dobrą wentylację, aby stopy nie pociły się w czasie wysiłku fizycznego. Odpowiednie obuwie pozwala na ich oddychanie, zapobiegając powstawaniu nieprzyjemnego zapachu oraz pojawianiu się odparzeń i pęcherzy.

Warto zainwestować w obuwie sportowe wysokiej jakości. Nie tylko zapewni ono wygodę i zapobiegnie niektórym kontuzjom, ale również pomoże w osiąganiu sukcesów w uprawianej dyscyplinie sportowej. W dobrym wyborze obuwia pomoże wizyta w sklepie sportowym posiadającym szeroki asortyment. Można tam przymierzyć i kupić wiele butów, które spełnią wymagania nawet najbardziej wytrawnego i wymagającego sportowca. Buty sportowe można też kupić w sklepach, jednak warto pamiętać, że ich przymiarka będzie możliwa dopiero po dokonaniu zakupu.

trening, kondycja, mięśnie, nogi, sztuki walki, sukcesKażdy, kto planuje rozpocząć swoją przygodę ze sportami walki, musi oczekiwać jednego – aby osiągnąć cokolwiek, czeka go naprawdę wiele trudnej i żmudnej pracy. Niejednokrotnie sama walka jest najmniej istotnym elementem w przygotowaniach! O ile w dyscyplinach takich jak szermierka, bez porządnej kondycji jakoś się obędzie, o tyle w np. kickboxingu jest to już absolutna podstawa. Styl ten, jako jeden z bardziej dynamicznych, wymaga nieustannego ruchu i zadawania elastycznych ciosów, których bez wybitnej sprawności całego ciała po prostu nie da się wyprowadzić. Same treningi na sali nie uczynią z nas jednak tytanów wytrzymałości. Do tego niezbędne są zajęcia w terenie – o nie zadbać musimy zazwyczaj sami. Biegać może jednak każdy, nie każdy robi to jednak prawidłowo. Budowanie kondycji to proces długotrwały, polegający przede wszystkim na stopniowym poprawianiu swoich wyników, ale również na wydłużaniu dystansów. Jeżeli będziemy regularnie biegać po 30 minut, kondycja wprawdzie będzie rosnąć, nie będzie to miało jednak nic wspólnego z efektywnością. Praktycznie wszyscy specjaliści polecają naprzemienne tempo z jakim biegamy – nie tylko zwiększają spalanie tkanki tłuszczowej, ale także niezwykle szybko budują wytrzymałość. Bieg w takim trybie nazywany jest „interwałowym” i polega na prostej zasadzie „sprint, trucht, sprint, trucht”. Całość odbywać musi się jednak na znacznych odległościach – bieganie naprzemiennie zaledwie kilkudziesięciu metrów na niewiele nam się przyda. Równie istotne co kondycja, jest rozciąganie. Ryzyko kontuzji jest tutaj znacznie większe, niż w przypadku biegania, trzeba więc dokładnie wiedzieć, co się robi. Niektórych może to nieco zdziwić, jednak tradycyjne (aczkolwiek wyglądające mało profesjonalnie) pajacyki, przysiady czy też skłony są zdecydowanie najskuteczniejsze. Zastosowanie odpowiednich proporcji czasowych oraz ilościowych, gwarantuje naszemu ciału niezbędną, zwłaszcza w kickboxingu, giętkość oraz elastyczność.

śmierć, ring, boks, walka, zawodnicyPo całkiem niedawnej śmierci Francisco Rodrigueza, w bokserskim świecie ponownie wybuchła dyskusja na temat tego, jak zabezpieczać zawodników. Pomimo tego, że najoczywistsza metoda (czyli niedopuszczanie do walk osób, które fizycznie się do tego nie nadają), znana jest od dziesiątek lat, na chwilę obecną znamy już ponad 700 podobnych przypadków. Umierający zawodnicy nie są zazwyczaj personami z pierwszych stron gazet, mało kogo więc interesuje śmierć jakiegoś Peruwiańczyka od ciosów w głowę, czy też informacja o tym, że zaczynający karierę, młody Francuz zapadł po walce w śpiączce, z której już nigdy się nie wybudził. Jednak to, że o problemie się mówi jedynie z rzadka, nie oznacza że kompletnie nie istnieje. Większość śmiertelnych wypadków nie jest dziełem czystego przypadku – ginący bokserzy zazwyczaj już wcześniej posiadali uszkodzone narządy, skrzepy w mózgu, czy też mikropęknięcia czaszki. Organizatorzy nie przestrzegając ustalonych reguł, często przymykają oko na obowiązek prześwietleń i odpowiednich badań przed walką, patrząc jedynie na zysk. Niejednokrotnie za fatalny finał, całą odpowiedzialność ponoszą sędziowie. Kierując się na ślepo zasadą „show must go on … no matter what”, pozwalają na kontynuację walk, nawet w sytuacji, kiedy jeden z zawodników mocno krwawi bądź słania się na nogach. Jednym z bardziej znanych przypadków braku interwencji sędziowskiej, która doprowadziła do śmierci zawodnika, było starcie pomiędzy Emilem Griffithem i Ben Paretem. Ten drugi, broniący się mistrzowskiego tytułu, podczas walki zaplątał się niefortunnie w linach – całkowicie bezbronny przyjął kilkadziesiąt ciosów. Sędzia przerwał walkę dopiero wtedy, kiedy zawodnik padł nieprzytomny na matę. Kilka godzin później zmarł w szpitalu. Przypadków, w których bokserom o włos udaje się uniknąć śmierci jest jeszcze więcej – najsłynniejszy wydarzył się z 1975. Trhilla in Manila, prawdopodobnie najlepsza walka bokserska w historii, pomiędzy Frazierem i Alim dla obu skończyła się w szpitalu. Muhammad wygrał tylko i wyłącznie dlatego, że jego rywal poddał walkę kilka sekund szybciej od niego. Obaj w wywiadach przyznali, że nigdy wcześniej w swoich karierach nie byli bliżsi śmierci.

krav maga, sztuka walki, Czechosławacja, samoobronaWokół izraelskiego stylu samoobrony, od wielu lat piętrzą się kolejne mity. Czym naprawdę jest krav maga? Do czego się jej używa? Na czym polega? Na takie pytania znajdziemy co prawda mnóstwo odpowiedzi w Internecie, jednak większość z nich pisana jest przez samozwańczych mistrzów wszystkich stylów walki, którzy większość czasu spędzają przed komputerem. Trudno przypisywać im miano autorytetów. Jedno z bardziej popularnych, aczkolwiek fałszywych przekonań dotyczy samego pochodzenia tegoż systemu. Wbrew krążącym opiniom, krav maga wcale nie ma rodowodu izraelskiego. Pochodzi z … Czechosłowacji, z czasów, kiedy współczesny Izrael, jako państwo, jeszcze w ogóle nie istniał! Określenie „izraelski” przylgnęło jednak do niego na stałe, ze względu na szerokie zastosowanie w żydowskiej armii. Rozczarowująca dla wszystkich ulicznych zabijaków, którzy swój „warsztat” chcieliby podreperować kilkoma ciosami „najbardziej zabójczego stylu”, będzie także informacja o tym, że krav magi jako narzędzia do ataku po prostu się nie nadaje. Oczywiście stosowane chwyty mają niekiedy charakter stricte ofensywny, jednak wykorzystywane są jedynie w samoobronie. Na treningach nie będzie także powietrznych ewolucji, wyrywania serc i nauki tego jak radzić sobie z 10 przeciwnikami. Pierwszą zasadą, wpajaną każdemu adeptowi, jest „unikaj zagrożenia”. Bezpośrednie starcie ma być absolutną ostatecznością. Kiedy już jednak do niego dojdzie, w ramach obrony własnego życia, zezwala się nam na wszystko co możliwe. Krav maga wychodzi z założenia, że samoobrona ma być skuteczna a nie honorowa i efektowna. Dlatego też dopuszcza się kopnięcia w krocza, wkładanie palców do oczu i uderzenia łokciami. Warto tu wspomnieć, że nie używa się do tego żadnej broni – popularny pogląd, na temat tego, że na treningach uczy się korzystania z noża itp. całkowicie mija się z prawdą. Nauka zawsze opiera się tylko i wyłącznie na odmianie cywilnej, w której podobne rzeczy nigdy nie funkcjonowały. Jej skuteczność zależy jednak od tego, kto tak naprawdę zostanie naszym nauczycielem – prawdziwy pasjonat czy pierwszy lepszy „znawca”, wyciągający pieniądze za nic.

boks, walkaPo przegranej walce Tomasza Adamka z Witalijem Kliczką, polscy fani boksu z pewnością odczuwają pewien niedosyt. Choć mało kto spodziewał się zwycięstwa, kiedy porażka stała się faktem, bolała ona jeszcze mocniej. Góral do boksowania wróci dopiero w przyszłym roku, wszystkie oczy zwrócą się więc w najbliższej przyszłości na walkę Krzysztofa Włodarczyka. Diablo już 30 listopada ma zmierzyć się z Dannym Greenem w jego rodzimej Australii. Będzie to trzecia obrona tytułu WBC przez polskiego boksera. Ostatnia – ta, w której walczył z Francois Palaciosem – zakończyła się wprawdzie sukcesem, kontrowersje wokół werdyktu sędziowskiego były jednak ogromne. Niedługo po walce, Włodarczyk wylądował w szpitalu – okazało się, że przedawkował antydepresanty. Próba samobójcza była prawdopodobnie reakcją boksera na nieustającą krytykę związaną okolicznościami, w jakich zakończyło się starcie z Portorykańczykiem. Powrót na ring, będzie więc dla Krzysztofa tym bardziej przełomowy.

Co przemawia za Polakiem? Przede wszystkim to, że Diablo jest nie tylko większy i cięższy, ale dysponuje także większym zasięgiem ramion. Green nie boksował do tej pory zbyt często z zawodnikami postury Krzysztofa. Pomimo tego, że bilans ma imponujący (31-4, 27 KO), większość walk stoczona została z zawodnikami niższej klasy. Podczas ostatniej próby „wskoczenia na wyższy poziom”, zmierzył się z Antonio Tarverem i sromotnie przegrał. Na korzyść Greena działać z pewnością będzie jednak fakt, iż walka odbędzie się na jego terenie. Sędziowie z reguły bywają obiektywni, jednak 1 czy 2 punkty na korzyść „swojego” mogą w tym przypadku zadecydować o wyniku walki. Włodarczyk podkreśla, że zdaje sobie z tego doskonale sprawę i nie będzie chciał zostawiać żadnych wątpliwości co do rezultatu, kończąc walkę przed czasem. Czy szumne zapowiedzi polskiego mistrza faktycznie się sprawdzą?

MMA, kariera, mistrz, sztuka walkiCzego by nie mówić o naszych wschodnich sąsiadach, dwóch rzeczy nie można im z pewnością odmówić – pięknych kobiet oraz doskonałych specjalistów sztuk walk. Do najwybitniejszych przedstawicieli tej drugiej grupy, bez wątpienia należy żywa legenda MMA, Fiodor  Jemieljanienko. Swoją karierę rozpoczął już w 3 klasie – rodzice zapisali go na judo oraz sambo. Zdobycie czarnego pasa oraz uprawnień mistrzowskich zajęło mu niewiele ponad 10 lat.  Seryjnie wygrywane turnieje w obu stylach sprawiły, że Fiodor zaczął szukać dodatkowych wyzwań. Nie zastanawiając się długo,  Jemieljanienko postanowił spróbować swoich sił w MMA. Swoich pierwszych 11 walk stoczył w ramach serii RINGS. Jego jedyna porażka była dziełem przypadku – rozcięty łuk brwiowy sprawił, że sędziowie przerwali walkę przed czasem. Od tamtego momentu Fiodor nie przegrał jednak żadnego pojedynku przez blisko 10 lat. Po przejściu do prestiżowej organizacji PRIDE, zdobył mistrzostwo świata w wadze ciężkiej, którego bronił przez 4 lata, aż do momentu przeistoczenia się PRIDE FC w UFC. Wówczas  Jemieljanienko postanowił zmienić barwy – wiążąc się kolejno z M-1 Global oraz Affliction, wygrywał kolejne pojedynki, do swojej kolekcji dodając mistrzowski pas tejże drugiej. W 2009 podpisał kontrakt na kilka walk z organizacją Strikeforce. O ile w pierwszej poradził sobie doskonale, nokautując niepokonanego wcześniej Bretta Rogersa, o tyle kolejne okazały się totalną katastrofą. W starciu z mało znanym Fabriciem Werdum, musiał się poddać, gdy Brazylijczyk założył mu trójkątne duszenie. Próbując odzyskać twarz, stanął naprzeciwko Tima Silvy, który jednak od pierwszej sekundy całkowicie go zdominował. Kolejną próbą powrotu do walki o najwyższe tytuły była walka z Danem Hendersonem. Udało mu się znokautować Amerykanina, kiedy jednak przystąpił do zakładania finalnego chwytu, ten wyślizgnął się spod Fedora i trzema nagłymi ciosami w głowę powalił go na matę. Przegranie trzech walk z rzędu sprawiło, że plotki o zakończeniu kariery przez  Jemieljanienkę są coraz powszechniejsze, sam mistrz obiecał jednak, że nie powiedział jeszcze w MMA ostatniego słowa.

kultura japońska, miecz, samuraj, kodeks, Egzotyka związana z japońską kulturą fascynowała Europejczyków praktycznie od pierwszego kontaktu obu cywilizacji. Przywiązanie do tradycji, kierowanie się honorem… Zwłaszcza w dzisiejszych, zdegenerowanych czasach, robi to wrażenie. Choć na Starym Kontynencie honorowość także przez jakiś czas była w cenie, to przyznać trzeba, że zasady, którym hołdowali japońscy rycerze, przetrwały znacznie dłużej. Rozbudowany kodeks moralny nie był jednak jedyną rzeczą, która wyróżniała samurajów. Specyficzna forma szermierki, która wykształciła się w Kraju Kwitnącej Wiśni, fascynuje równie mocno, co orientalna kultura.

Powstanie jej bojowej odmiany – kenjutsu – datuje się na czas upowszechnienia katan, czyli na około XI wiek. Podobnie jak w Europie, pojedynek szermierzy był nad wyraz częstym sposobem na rozwiązywanie zatargów. Proceder ten został ukrócony dopiero w roku 1868, kiedy to dekret cesarski zabronił noszenia przy sobie mieczy. Sama szermierka w Japonii jednak nie umarła. Jeszcze 200 lat przed wspomnianym edyktem, poczęła się kształtować sportowa odmiana kenjutsu. Jej twórcy nazwali ją kendo, czyli „droga miecza”. Zamiast broni ostrej używano tam drewnianych bądź bambusowych mieczy, nazywanych shinai. To, w połączeniu z noszeniem, stylizowanych na wzór samurajski, zbroi pozwalało na walkę pełno-kontaktową i wyprowadzanie normalnych ciosów. Rozwijająca się dyscyplina wykształciła swoje własne zasady, przyciągające coraz większą ilość adeptów. Cały proces gwałtownie wyhamował, po reformach Meiji. Społeczeństwo jednak szybko postanowiło wrócić do własnej kultury, dzięki czemu sztuki walki (w tym kendo) ponownie wróciły do łask. Niedługo później powstała ogólnokrajowa federacja, która odpowiedzialna była za organizację regularnych zawodów. Kilkuletni przestój w  ich działalności zaobserwować można było po I wojnie światowej, kiedy to Amerykanie okupujący kraj, zakazali używania jakichkolwiek mieczy. Z czasem przekonali się do ich sportowych odmian, niejednokrotnie samemu stając się ich użytkownikami. Kendo rozlało się wówczas błyskawicznie po całym świecie, co zaowocowało powstaniem Międzynarodowej Federacji Kendo oraz oficjalnych mistrzostw świata w tej dyscyplinie. Dziś odbywają się one regularnie, co 3 lata.

 

tajemnica, legenda, kung fu, film, mistrzChoć legendą był już za życia, niewyjaśnione okoliczności jego śmierci sprawiły, że aura tajemniczości spowiła jego osobę bardziej niż kogokolwiek wcześniej. Bruce Lee, bo o nim mowa, znany jest chyba wszystkim – świetny aktor i niezrównany mistrz sztuk walki, za każdym razem przyciągał ludzi jak magnes przed ekrany oraz na widownię. Nieważne czy robił pompki, niszczył cegły, opowiadał dowcipy czy po prostu stał, ludzie szaleli na jego punkcie i gromko oklaskiwali. Nic dziwnego, że wiadomość o jego przedwczesnej śmierci wstrząsnęła całym współczesnym światem.

 

Swoją światową karierę rozpoczął po powrocie do USA (młodość spędził w Hong Kongu). Po uzyskaniu dyplomu uczelni, otworzył własną szkołę kung fu, a po kilku latach zaczął grywać w amerykańskich produkcjach. Oczarował widzów swoimi umiejętnościami i charyzmą. Od tego momentu wszystko potoczyło się błyskawicznie – główne role w „The Big Boss”, „Wściekłych Pięściach”, „Drodze Smoka” i w końcu „Wejściu Smoka”. Spopularyzował kung fu, dzielił się swoją wiedzą z każdym, kto chciał go słuchać (a było ich wielu), tworząc i rozwijając w międzyczasie własny styl – Jeet Kune Do. To co robił, przysporzyło mu jednak wielu wrogów – głównie pośród chińskich mistrzów sztuk walki. Zwolennicy spiskowych teorii, obwiniają właśnie ich bądź chińskie triady, którym mistrz nie chciał się podporządkować. Prawdy z pewnością nigdy nie poznamy, nie ulega jednak wątpliwościom, że domniemany guz, który pojawił się nagle blisko czaszki, podczas kręcenia „Wejścia Smoka”, jest sprawą nad wyraz tajemniczą. W trakcie zdjęć, po prostu zemdlał – w szpitalu jakoś go docucono, po jakimś czasie cała sytuacja się jednak powtórzyła. Tym razem, 33-letni wówczas Bruce, już się nie obudził. Oficjalna wersja głosi, że zmarł z powodu obrzęku mózgu, wywołanego przez przedawkowanie alkoholu i marihuany, jednak zapoznając się bliżej z całym zajściem, wielu uznaje umyślne otrucie za bardziej prawdopodobne.

laska, sztuka walki, popularność, Francja, historiaChoć okładanie przeciwnika drewnianą laską jednoznacznie przywodzi na myśl zabawne historie o staruszkach, broniących się przed złodziejami, okazuje się, że sama technika ma również swoje profesjonalne oblicze. Sztuka walki przy pomocy laski nie jest zbyt popularna, na świecie znajdą się jednak miejsca, w których pasjonatów jest całkiem sporo. Za ojczyznę la canne uznaje się Francję, a precyzyjniej – Paryż. Jeśli wierzyć legendom, to właśnie tam, w XVIII wieku, narodziła się idea samoobrony przy pomocy nieodłączonego atrybuty ówczesnych dżentelmenów. Historycznie potwierdzonym faktem, jest to, że w XIX wieku wprowadzono obowiązkową naukę tego stylu  we francuskiej armii. Każdy oficer armii kolonialnej był zobowiązany do poznania przynajmniej podstaw. Świat o tej dosyć oryginalnej dyscyplinie usłyszał w 1924 roku, podczas Igrzysk Olimpijskich, które odbywały się właśnie w stolicy Francji. Tradycyjne pokazy przed zapaleniem olimpijskiego znicza były wzbogacone właśnie o elementy tejże sztuki. Co sprawiło, że la canne stała się tak popularna nad Sekwaną? Po pierwsze ogromna efektowność – mistrzowie tej sztuki przypominali pędzące huragany. Niezliczone piruety, obroty, ciosy w przysiadzie, zza pleców czy podskoki, to tylko początek długiej listy ewolucji, za którymi niejednokrotnie trudno wręcz nadążyć. Choć dla niektórych całość wydawać może się zabawna, nie można jej odmówić skuteczności. Dziś, le canne z ulic przeniósł się na ringi. Naprzeciwko siebie staje dwóch przeciwników, odzianych w specjalne ochraniacze. Dzierżąc w dłoni (którą można zmieniać w trakcie walki) drewnianą laskę, próbują trafić rywala w łydkę, tors bądź głowę. Za każde udane uderzenie, zadane w odpowiednim stylu otrzymuje się punkt – ten, kto uzbiera ich najwięcej, zwycięża. Pomimo tego, że dyscyplina doczekała się już mistrzostw Europy oraz mistrzostw świata, w Polsce niestety nie funkcjonuje żadna sekcja, ucząca zawiłości pochodzącej z Francji sztuki.